Dlaczego ludzie łączą się w pary? Wstęp do terapii par

Agnieszka Sidewicz-Mościcka
Autor: Agnieszka Sidewicz-Mościcka

„Człowiek nie wyrasta z potrzeby zależności bardziej, niż z potrzeby tlenu.” (M. i P. Fijewscy)

Około 20 roku życia stajemy się po raz 2 gotowi żeby powierzyć komuś część swojej niezależności (wcześniej naturalna zależność łączy nas z rodzicami).

Okres wcześniejszy (dorastanie, młoda dorosłość) wielu osobom kojarzy się z wolnością, poszukiwaniem i poznawaniem siebie, rozwojem. Związek ma być kontynuacją tego stanu a nawet czymś lepszym – poza wolnością, będę mieć kogoś, kto będzie mnie kochał, rozumiał i doceniał takiego, jakim jestem. Kogoś, kto wynagrodzi mi wszystkie braki z dzieciństwa.

Jako ludzie jesteśmy, podobnie jak inne ssaki ukształtowane latami ewolucji, stworzeni do życia w bliskich relacjach – to one pozwoliły nam przetrwać. Małe dziecko pozbawione bliskiej relacji choruje a pozbawione opieki – umiera. Dlatego lęk przed jej utratą sprawia, że często jest gotowe zrobić wszystko, by przetrwać. Nieświadomie dopasowuje swoje zachowania (w tym sposób przeżywania i okazywania emocji) do oczekiwań najbliższych osób. Starsze teoretycznie ma więcej możliwości wyboru, ale zawsze są one ograniczone jego pierwszymi doświadczeniami. Jako osoby dorosłe, choć często trudno nam to przyznać, nadal tęsknimy za  kimś, kto w końcu powie: „widzę Cię, jestem dla Ciebie, nigdy Cię nie opuszczę” i słowa dotrzyma. Bezpieczeństwo to naturalna potrzeba każdego z nas.

Zadaniem pary jest wzajemna regulacja emocji. Podświadomie łączymy się, by przeżywać emocje, które lubimy i nie przeżywać tych, których nie chcemy (lęk, wstyd, gniew). To tak, jakbyśmy mówili do siebie: „wiążę się z tobą, bo mam nadzieję, że przy tobie nie będę więcej doświadczać lęku, wstydu, gniewu a jeżeli tak się zdarzy, to uda się nam to naprawić.” Niewiele osób  zastanawia się nad swoimi oczekiwaniami w stosunku do partnera oraz nad tym, czy druga osoba jest w stanie je spełnić. A nawet jeśli tak się zdarzy, to raczej nie sprawdzamy, czy rozumiemy to samo, używając tych podobnych słów, zakładając odgórnie, że tak jest. Nie pytamy na przykład: „Co chcesz powiedzieć, kiedy mówisz, że mnie kochasz?” a kiedy okazuje się, że nasze definicje miłości się różnią, często czujemy się oszukani i rozczarowani.

Pierwszą z 3 głównych potrzeb, jakie mamy do zrealizowania w związku, jest potrzeba bliskości. Jeżeli tej bliskości nie ma, pojawia się poczucie niespełnienia, niekompletności, braku bezpieczeństwa, a z wraz nimi – niepokój i lęk.

Jednym z trzech wymiarów bliskości jest ciągłość – kontakt nie zawsze musi być fizyczny, ważne abyśmy czuli, że istnieje między nami jakiś rodzaj połączenia, które nie będzie niespodziewanie przerwane. Dlatego ważne są sygnały, potwierdzające tę pewność. „Wypadanie z kontaktu” jest przerywaniem ciągłości i (zwłaszcza w przypadku małych dzieci, dla których przedłużająca się nieobecność rodzica jest równoznaczna z jego utratą) może powodować „mikrotraumy”.

Kolejne dwa wymiary to dostępność, głównie emocjonalna i adekwatne, czyli współmierne do potrzeb, reagowanie – rodzaj potwierdzenia: widzę Cię, jesteś dla mnie ważny/ważna i w razie potrzeby Cię ochronię. Mogą być nieświadome, ale muszą być odczuwalne – można być stale razem, ale nieobecnym (tak dzieje się np. wtedy, gdy jesteśmy w pobliżu, ale wciąż czymś  zajęci lub gdy reagujemy, ale pozornie, okazując powierzchowne zainteresowanie).

Ponieważ niewielu z nas miało tego rodzaju relacje z rodzicami jako dzieci, w życiu dorosłym łączymy się w pary jako osoby poranione, pragnące i obawiające się bliskości albo żyjące w lęku przed  opuszczeniem. To powoduje określone konsekwencje. Często mamy różne potrzeby związane z okazywaniem bliskości i dążeniem do niej. W praktyce konflikty pojawiają się na przykład przy okazji oczekiwań związanych z tym, ile czasu mamy spędzać razem, jak go spędzać, co robić razem a co  osobno. Próbując je zaspokoić, wchodzimy w raniące interakcje – z dystansu wygląda to tak, jakby osoba z większą potrzebą bliskości goniła i naciskała (nie mówiąc wprost i często nie zdając sobie sprawy o co jej chodzi), a druga – bardziej zdystansowana –  wycofywała się (np. w milczenie, oglądanie telewizji, w pracę), stawiała granice. Im bardziej pierwsza naciska, tym większa jest potrzeba wycofania drugiej. Im mocniej druga się wycofuje, tym bardziej zaniepokojona i naciskająca staje się pierwsza – w ten sposób koło się zamyka, ponieważ obie strony są sfrustrowane i często reagują złością, jawną lub nie.  Samodzielnie trudno ten problem rozwiązać.

Zadaniem terapii jest pomoc w obejrzeniu zranionych miejsc. Partnerzy stają się bardziej na siebie uważni, dzięki czemu łatwiej im na bieżąco ze sobą rozmawiać o tym, co się między nimi dzieje i reagować zanim pojawi się złość, pod którą często kryją się inne, wcześniej nienazywane uczucia i niezaspokojone potrzeby.

Facebooktwittergoogle_pluslinkedinmail